Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/eundo.do-okreslac.lapy.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server455784/ftp/paka.php on line 5
kilka razy została pobita pięścią albo i gorzej.

Rolar skrzywił się:

kilka razy została pobita pięścią albo i gorzej.

chociaż przynajmniej ze skrzynki na listy nie
Suka położyła się posłusznie, łeb ułożyła między wyciągniętymi
wyłączoną komórkę.
- Ty możesz sobie wracać, jeśli tak bardzo ci się
zauważyła niedużą kamerę i mikrofon umocowane na
jest to najlepsze rozwiązanie.
między szyją i ramieniem.
wózkiem, przygotowując kawę.
Rozwarłszy objęcia, gnom ześliznął się na podłogę i gorąco potrząsnął rękę wampira.
to, by ich nie nakryto i by móc wychowywać Irinę jak
Przykładowe zadanie 9.
dzieli to łóżko z mężczyzną.
sierżanta Reeda, gdy ten wrócił do pokoju
- Myślisz, że arlijskim skarb leży sobie na kupce na tyłach podwórka? - oburzył się Rolar. – Tam nie można ot tak sobie wejść, przed drzwiami stoi ochrona, a wewnątrz jest masa pułapek. Wlazłem w skarbnicę przez tajne przejście, o którym wie tylko Władczyni i niektórzy z najbliższego otoczenia.

- Ale śmiał się z ojca Cassidy. Mówił, że stary Buchanan chce zbawić świat i że daje pieniądze na zbożne cele po to, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia. - Nie... - odezwała się Cassidy. Chase nie zwrócił na nią uwagi. - Brig nie był ambitny. Często miewał zatargi z prawem. Chyba ma pan to w swoich dokumentach? - Za to nasz Baldwin był czysty jak łza. - T. John położył ręce na kolanach i wyprostował się. - Władze Alaski twierdzą, że nigdy nawet nie dostał mandatu za przekroczenie prędkości. Uwierzy pan? Jak to możliwe, żeby ktoś mieszkał gdzieś przez dwadzieścia lat, zarobił obrzydliwie dużo forsy i pozostał praktycznie niezauważony? - Pan myśli, że to Brig. - Całkiem możliwe. Cassidy czuła, że pot cieknie jej wzdłuż kręgosłupa. - A co z dokumentacją dentystyczną? - T. John podszedł do kominka i oparł się o zimne kamienie. - Nie mogę znaleźć żadnego dokumentu, z którego wynikałoby, że pan i pana brat chodziliście do dentysty. - Bo nie chodziliśmy. Nie było pieniędzy, za to mieliśmy zdrowe, mocne zęby. - Śmieszne. Baldwin też nie miał dentysty w Anchorage. Ani w Juneau, ani w Ketchikan, ani nigdzie, z tego, co wiemy. Nie mogę uwierzyć, żeby człowieka przez trzydzieści lat nie zabolał ząb. Ale cały czas szukamy. Szkoda, że miał rozwaloną szczękę i połamane zęby. Jak pan. - A co z odciskami palców? - Zdjęliśmy, co się dało. Miał prawie całkiem spalone ręce. Na razie nic nie wiemy. Cassidy nie mogła trzeźwo myśleć. - Brig siedział w więzieniu, tu, w Prosperity. Powinny być jakieś dokumenty. - To jest właśnie interesujące, pani Buchanan. Brigowi nigdy nie zdjęto odcisków palców. Ani razu. Był w więzieniu, dużo mu nagadali, nawrzeszczeli, dali po łapach, ale nigdy nie kazali zanurzyć palców w atramencie. Bo zawsze pomagał mu pani ojciec i jakiś śmieszny prawnik. Bardzo rozsądnie, prawda? - A Baldwin? - Nie ma żadnych dokumentów z wojska. Ani z więzienia. Nie ma odcisków. Jak powiedziałem, cholernie rozsądnie. Żaden krewny nie zgłosił się po jego ciało ani po pieniądze. Zgodnie z testamentem część pieniędzy dostaną pracownicy, żeby mogli wykupić tartak i przetwórnię ryb, jeżeli będą chcieli. Reszta ma iść na fundację na rzecz ochrony przyrody na Alasce, która powstała z inicjatywy Baldwina. W dokumentach nie figuruje jego nazwisko, ale wydawał mnóstwo pieniędzy na ten cel. - To na pewno nie mój brat. T. John się wzdrygnął. - Może się zmienił. Nieszczęście zmienia ludzi. Chase wydał gardłowy odgłos niedowierzania. T. John to zignorował. - Pomyślałem, że może go pan rozpozna, więc przyniosłem zdjęcia, które zdobyliśmy. - Pogrzebał w wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął szarą kopertę. Serce Cassidy zaczęło łomotać, kiedy zdjęcia, jedno po drugim, lądowały na biurku. Czy to był Brig? Starając się powstrzymać drżenie rąk, wzięła do ręki jedną fotografię i przyjrzała się jej dokładnie. Patrzył na nią nieufnie ciemnowłosy mężczyzna z zarostem i głęboko osadzonymi, zamyślonymi oczami. - Rzeczywiście, jest trochę podobny do Briga - przyznał Chase. - Powiedziałbym, że jest jak sobowtór. - Ale Baldwin nie miał brody. - Nie dziwi to pana? Na Alasce nosił brodę przez siedemnaście lat i zgolił ją, gdy miał się spotkać z panem. - T. John uśmiechnął się i potrząsnął głową. Potem wyjął kolejną kartkę. Szkic. - Jeden z naszych ludzi narysował faceta bez brody, próbując komputerowo zrekonstruować twarz, a potem porównaliśmy to ze zdjęciami pana brata. Problem w tym, że mamy tylko kilka zdjęć ze szkolnej księgi pamiątkowej. - Pan mówi poważnie? - Chase wpatrywał się w Wilsona. - Bardzo poważnie. Cassidy po raz pierwszy zobaczyła prawdziwe oblicze T. Johna. Uśmiechał się zarozumiale. Oczy mu nie błyszczały. Był zimny. Przemawiała przez niego jedynie ślepa ambicja. - Dlaczego pan chce za wszelką cenę udowodnić, że Baldwin to Brig? - Bo coś w tym jest. Pański brat uciekł z miasta po jednym z najstraszniejszych pożarów w historii Prosperity, a potem zjawił się po siedemnastu latach i zginął w pożarze bardzo podobnym do pierwszego. Użyto prawie identycznego zapalnika. Ciekawy zbieg okoliczności. Jeden wielki zbieg okoliczności. - T. John przetasował zdjęcia i spojrzał groźnie. - Poznałbym Briga. - Chase wziął do ręki czarno-białe zdjęcie Marshalla Baldwina i przyjrzał mu się badawczo. - Rozmawiał pan wcześniej z Baldwinem? - Tylko przez telefon.

zdecydowała, iż czas na wkroczenie do akcji.
grupy Był młody, przystojny i błyskotliwy. W wieku trzydziestu
mogło pójść nie tak. Nic nie przyszło nam na myśl, ale... martwiliśmy
dziewiętnasta trzydzieści. Zostawili auto i przeszli pieszo graniczny
105
an43
ich tam uśmiechnięta otyła kobieta o włosach ufarbowanych na
patrolujących ulice.
- Jeśliby jeździł hummerem - powiedziała - to mógłby
Myliła się. Okazał się przystojnym młodym człowiekiem o
- Dwa... co?! Do cholery, możesz dotrzeć tu szybciej!
zobaczył delikatny złoty łańcuszek na prawej kostce i poczuł, jak
powiedzenia o True Gallagherze, opuścił pistolet, którym szachował
Rok temu Davidowi i jego żonie urodziło się drugie dziecko.
- Że co? - Derrick uśmiechnął się złośliwie. - No to spróbuj, McKenzie! Tylko spróbuj! - Daj spokój, Derrick. - Byłeś z nią? Włożyłeś jej łapę w majtki... - Zamknij się! - Brig poczuł wyrzuty sumienia. - Wiem. Widziałem cię. Nie tylko zresztą ja. Półgłówek też cię widział. Wygadał się. - Derrick machnął nożem. - Ty przeklęty bękarcie z tej indiańskiej dziwki! Trzeba cię nauczyć porządku, mieszańcu! - Skoczył do przodu, ale Brig był na to przygotowany. Stojąc pewnie w rozkroku, sięgnął do kieszeni po swój nóż. Derrick przeszył nożem powietrze. Brig uchylił się, ale dopiero, gdy ostrze rozdarło mu koszulę i drasnął go koniec scyzoryka. W jednej chwili wskoczył Derrickowi na plecy i przytknął mu nóż do gardła. - Ty gnoju! - Zwinnym kopnięciem podciął Derricka. - Boże! Przeważył go i powalił na ziemię. Przyciskał go do podłogi, nie odrywając noża od gardła. - Ty nadziany bydlaku, nigdy więcej nie powiesz... - Co tu się, do cholery, dzieje? - Drzwi stajni otworzył się szeroko. Włącznik prądu pstryknął i nagle pomieszczenie zalało drgające, jaskrawe światło. Do środka wpadł Mac. Na jego śniadej twarzy malowała się wściekłość. - Nie mówiłem ci, McKenzie, że nie chcę kłopotów? - Ten bydlak próbował mnie zabić! - jęknął Derrick. - Złaź z niego! Brig zawahał się. - Dalej, McKenzie! Ruszaj się! Brig zamknął scyzoryk, zszedł z Derricka i schował nóż do kieszeni. Grzbietem dłoni otarł krew z kącika ust i wytarł rękę w koszulę. Derrick podniósł się. Czuć było od niego alkoholem i dymem. - Skoczył na mnie, gdy przyszedłem sprawdzić, co z końmi. - To prawda? - Mac zmrużył oczy, jakby badał, czy Derrick nie kłamie. - A od kiedy to obchodzą cię zwierzęta? - Przecież muszę doglądać dobytku. Kiedyś to wszystko będzie moje. - Jedzie od ciebie jak z gorzelni. - Wypiłem kilka drinków. I co z tego? Ten sukinsyn tu na mnie czekał. Skoczył na mnie od tyłu. - Tak było, McKenzie? - Mac spojrzał na koszulę Briga, odsłonił rozerwany materiał i zmarszczył czoło na widok zakrwawionego zadraśnięcia na piersi. Brigowi nie pierwszy raz zdarzyło się coś takiego, więc się tym nie przejął. - Było tak, jak powiedział, tylko nie do końca. To on mnie napadł. - Kłamiesz, bydlaku! Wiesz, jak było! - Zamknij się, Derrick. Niech opowie swoją wersję. - Mac nie dawał się nabrać na żadne bzdury. Wlepił oczy w Briga. - Co tu robiłeś o tej porze? Mógł skłamać i powiedzieć, że przyszedł wcześniej do pracy, ale Derrick znał prawdę, bo widział go z koniem. Poza tym jego motor nie stał tam, gdzie zwykle i miał na sobie te same ciuchy, w których pracował poprzedniego dnia. Ale gdyby powiedział prawdę, wpędziłby w kłopoty Angie i Cassidy. - Koń Cassidy zgubił się zeszłej nocy. Trochę trwało, zanim go znalazłem. Zmarszczki na twarzy Maca pogłębiły się. - Gdzie się zgubił? - Na północnym pastwisku, przy starym tartaku. Cassidy dręczyła mnie, że chce się na nim przejechać. Chciałem najpierw sprawdzić, czy już może. Ale koń natknął się na węża i mnie zrzucił. Szukałem go przez całe dziewięć godzin. - Zgubiłeś konia wartego pięćdziesiąt tysięcy dolarów? - Mac nie dawał za wygraną. - Ale go znalazłem. Całego i zdrowego. - Rany boskie! - Mac zdjął kapelusz i przeczesał włosy sztywnymi palcami. - Tak to właśnie jest, kiedy się zatrudnia pieprzonego brudasa - warknął Derrick. - Nawet nie umie się utrzymać w siodle. McKenzie, co z ciebie za pracownik? - Dość tego! - W stajni rozległ się głos Reksa Buchanana. Usta Derricka wykrzywiły się nienaturalnie. - Co tu się, na miłość boską, dzieje? Robicie taki hałas, że obudzilibyście martwego. Matko Najświętsza! Spójrz na siebie! - Rex zobaczył syna. Derrick był rozczochrany, a od tarzania się po ziemi do włosów poprzyklejały mu się pajęczyny, piach i gnój. Podbite oko zaczynało mu sinieć. - Co się stało? - Spojrzał na Briga i zamarł. - Derrick? - Napadł na mnie, gdy wszedłem do stajni. Rex zmarszczył brwi. - To prawda, McKenzie? - Było dokładnie odwrotnie. Mac przypatrywał się chłopakom.

©2019 eundo.do-okreslac.lapy.pl - Split Template by One Page Love